środa, 2 maja 2018

Prolog

Gdyby tylko matka Lii Moon dowiedziała się, czym jej córka zajmuje się w wolnym czasie, to dziewczyna już dawno zostałaby wyrzucona z domu i uznana za beznadziejną porażkę. Dobrze więc, że o niczym nie wiedziała. A Lia nie miała w planach o niczym jej mówić.
Naprawdę próbowała być normalna, taka jak wszystkie jej rówieśniczki, do których zostawała przynajmniej raz na trzy dni porównywana. Słyszała tylko: “A masz już jakiegoś chłopaka?”, “Za tobą to się pewnie cała zgraja ugania” i “Jak tak dalej pójdzie, to zostaniesz starą panną”. Przez jakiś czas miała nawet chłopaka, ale musiała z nim zerwać z powodu braku choć najmniejszego pociągu do mężczyzn.
Pierwszy raz o wyjściu z szafy pomyślała niedługo po zerwaniu z jednym, całkiem przyzwoitym, ale niestety męskim chłopakiem. Jej plany zostały jednak zrujnowane przez jej brata bliźniaka – Leviego, który ogłosił swoje zaręczyny z potworną dziewczyną. Skupiła się więc na próbach odwiedzenia go od tego pomysłu i odstraszenia dziewczyny od jej brata. Nie przyniosło to oczekiwanych efektów, ponieważ teraz byli już małżeństwem, a nawet mieli dziecko.
Kiedy wreszcie się w sobie zebrała i chciała po raz drugi się do tego zabrać, całe zainteresowanie skupiło się na osobie jej drugiego brata – Teddy’ego, który przyznał się do panseksualizmu i bycia w związku z mężczyzną. To on zabrał dla siebie plakietkę gejowskiego członka rodziny, odbierając Lii szansę na nią. Jedna nie-hetero osoba w rodzinie w zupełności wystarczała, kolejna tylko wskazywałaby na to, że coś jest nie tak. I z tego właśnie powodu koniec końców nie zdecydowała się na powiedzenie czegokolwiek. I też trochę dlatego, że Teddy został wyrzucony z domu przez ich homofobiczną matkę.
Najpierw dom opuścił Levi, żeby zamieszkać ze swoją narzeczoną, a potem Teddy przeniósł się do swojego chłopaka. Oboje wynieśli się do innych miast, zostawiając ją, Lię, samą z problematyczną matką w jednym z najgorszych miast w całej Wielkiej Brytanii. Nie mogło być lepiej.
To miał być piękny lipcowy dzień. Miało być słonecznie, bezchmurnie i ciepło. Na to wskazywała każda prognoza pogody, jaką widziała. Rzeczywistość okazała się być nieco odmienna – słońce chowało się za ciemnymi chmurami, deszcz lał nieprzerwanie od godziny, a wiatr sprawiał wrażenie, jakby niszczenie wszystkiego na jego drodze sprawiało mu ogromną przyjemność.
Akurat ten tydzień spędzała u Teddy’ego w Norwich. Od ostatnich odwiedzin kilka tygodni wcześniej zdążyła już zapomnieć, jak piękne jest to miasto. Średniowieczny wygląd niektórych odpychał, ale nie ją. W jakiś dziwny sposób sprawiał nawet, że Norwich znajdowało się u niej na pierwszym miejscu listy najlepszych miast. Jej brat podjął dobrą decyzję, przenosząc się tam. Gdyby tylko mogła, sama również by się tam przeniosła. Bez mrugnięcia okiem.
Głównym powodem, dla którego lubiła odwiedzać Norwich nie były jednak spotkania z Teddym, jego mężem i ich kotką, ale wizyty w jednym znajdującym się tam gejowskim klubie. Wieczorny spacer w deszczu doprowadził ją właśnie do tego miejsca.
Sama przed sobą nie chciała się przyznać, że specjalnie naszykowała się dla tamtego miejsca. Każdego dnia wyglądała całkiem ładnie i była tego świadoma, ale tego wieczoru jej makijaż był zabójczy, a czarna sukienka leżała na niej nawet lepiej, niż na manekinie. Stała się kotką gotową na łowy.
Bycie sobą i nie ukrywanie swojej orientacji przy obcych było tak proste. Mogła tam pójść, pobawić się przez chwilę, będąc akceptowaną i wspieraną przez wszystkich wokół, a potem wrócić do swojego zwykłego szarego “heteroseksualnego” życia. Nie znała tych ludzi, nie dzieliła z nimi wspomnień. Nie bała się, że ją zostawią, jeśli poznają, jaka jest naprawdę.
Dostała się do środka wcześniej, niż zakładała. Kolejka całkiem szybko się posuwała, a po kilku minutach znalazła się już wewnątrz klubu. Głośne dźwięki żywej i wpadającej w ucho piosenki, której tytułu nie znała, ale wiedziała, że jest popularna, wypełniały pomieszczenie. Na parkiecie znajdowało się parędziesiąt osób, bawiących się, jakby nie miało być jutra.
Podeszła do baru, obsługiwanego przez dwóch młodych mężczyzn, serdecznie się do wszystkich uśmiechających i wyglądających na chętnych do rozmowy (oraz wysłuchania tragicznych historii upijających się gości).
– Dla mnie Kamikaze – powiedziała do jednego z barmanów, siadając na stołku przy barze.
Nie minęły dwie sekundy, a usłyszała obok siebie łagodny głos:
– Dla mnie to samo.
Obróciła się na krześle, chcąc zobaczyć, kto zainspirował się jej zamówieniem. Do siedzącej obok niej dziewczyny pasowałoby imię Cudowna. Od samego patrzenia głos uwiązł Lii w gardle, co zdarzało się przeciętnie tylko raz na pięć lat. Falujące brzoskwiniowe włosy i połyskujące w świetle brązowe oczy sprawiały, że nie potrafiła ułożyć sensownego zdania. Ostro zarysowana szczęka zaatakowała jej pewność siebie, która schowała się głęboko i nie chciała wyjść. A reszta jej ciała... Z łatwością przypomniała Lii, dlaczego (oraz jak mocno) lubi dziewczyny.
Nieznajoma uśmiechnęła się do Lii.  
– Jestem Rose.
To imię idealnie do niej pasowało. To imię miało wszystko zmienić.
– Lia.
I to właśnie tego dnia, od tego spotkania, tak naprawdę rozpoczęła się historia dziewczyny, która miała być tylko małą skazą na już i tak zniszczonej rodzinie, a skończyła jako ta, która wszystko zrujnowała.